- Dobra, razem i żwawo teraz! Ruchy, ruchy!
John uważnie rozglądał się po krzakach, przez które prowadził teraz małą karawanę. Ta akurat była w miarę ogarnięta a nie tak jak ostatnia. Ledwo przekroczyli 79 transvers i już zaczęły się kłopoty. Ale nie narzekał – interes się kręcił i jako przemytnik zdecydowanie mógł się pochwalić stałym napływem wszelkiego rodzaju dóbr. Ci ludzie byli gotowi wiele zapłacić za przeprowadzenie ich przez te chaszcze.
- Daleko jeszcze? – spytał zasapany typ, który zdecydowanie nie radził sobie z ciężkim plecakiem.
- Jak wyjdziemy z tych krzaków to miniemy taką dziurę w ziemi. Tubylcy mówią, że kiedyś to był żłówiowy staw… albo żółwi? No jakoś tak. Teraz to tam często rytuały odprawiają.
- Jakie rytuały? – spojrzał na niego, otwierając szerzej oczy.
- No wiesz… Coś tam sobie wciągną, żeby było łatwiej i przyjemniej, a później odpalają jakieś ognie. Zawsze znajdą się też jacyś „turyści” – John mrugnął do mężczyzny znacząco – którzy na własną rękę idą przez te tereny. Idealna atrakcja na takie wieczory.
Zasapany typ mruknął coś pod nosem i ponownie skupił się na walce z gałęziami i korzeniami.
„Gdzieś to musi tutaj być….” – pomyślał John, uważnie szukając oznaczonego drzewa. Robił to już wielokrotnie, ale te konkretne krzaki zawsze mu się myliły. Może powinien mniej pić… Nie, to na pewno kwestia tych oparów. Od następnej karawany ogarnie jakąś maskę.
- Żwawo, żwawo. Ja wiem, że to nie są idealne warunki, ale patrząc na to, że północne enklawy to teraz niespokojny teren, a na południu ostre kontrole graniczne to teraz to jest spacerek na łonie natury.
- Panie John, a czy jest pan pewien, że nie natkniemy się na tubylców?
- A co panie Wilson, boi się pan garstki obdartusów?
- Nie no, mamy pana… Ale słyszałem od innych, że oni tacy… no niebezpieczni są.
- Aaa, to. No wie pan, panie Wilson. To że ktoś lubi sobie zmutowanego aligatora trzymać na smyczy to nie oznacza, że jest niebezpieczny, nie? Może gulasz z dzieciaka już jest czymś dyskusyjnym, ale kto w tym świecie nie musiał uciekać się do wątpliwych moralnie…. rozwiązań, że się tak wyrażę.
Więcej pytań nie było. Szli dalej w ciszy, słychać było tylko sapanie i ciężkie oddechy. John od czasu do czasu odzywał się, profesjonalnie wykonując swoją robotę. Pokazywał zabytkowe ławki i opowiadał jak to kiedyś wyglądało. Większość zmyślał, ale kto by to sprawdzał. O szczurzej skale im opowiadał. Opisał też im swój ulubiony Fort Clinton – zawsze wyobrażał sobie, że kiedyś był to wielki zamek i jakiś bogaty facet sobie tam rządził. Dużo tu takich ruin. I o wielkim trawniku im powiedział i o tym jak kiedyś ludzie uwielbiali idealną trawę. Nawet podczas suszy podlewali te swoje trawniki, a tutaj był jeden z największych.
Miał już zacząć opowiadać o czymś innym, kiedy zauważył na jednej gałęzi czerwoną szmatę, która lekko kołysała się na wietrze.
- No dobrze moi drodzy. To jesteśmy na miejscu – powiedział nieco głośniej John, stając przodem do karawaniarzy.
- Ale jak to? To przecież…
- Bez stresu panie Wilson. Szkoda wątroby na to. Umowa to umowa, a ja sumienny człowiek jestem. Żadna kontrola na granicy was nie złapała. – Zza pleców, spomiędzy krzaków zaczęli wychodzić ludzie. Każdy z nich był uzbrojony i wpatrywali się łapczywie w członków karawany. - Może nie Collinsowi na wejściu, ale komuś za przejście i tak musicie zapłacić. Przewodnik do usługa dodatkowa.