REKRUTACJA: zamknięta
Ludzka pomysłowość nie zna granic. Nasz gatunek był tak pomysłowy, że przekroczyliśmy wszelkie granice rozsądku, dostaliśmy kopa w dupę od losu i teraz próbujemy przetrwać na popiołach. Ze zgliszczy co i rusz wypełzają wymoczki drące ryja, że przetrwają tylko najsilniejsi, że prawo dżungli. Bzdura - jedynym prawem jest PRAWO. Prawo każdego obywatela Nowego Jorku do życia i funkcjonowania jako część struktury nie powielającej starych błędów. Prawo do bezpieczeństwa. Prawo do spokojnego snu przed dniem uczciwej pracy. I aby obywatele mogli spać spokojnym snem uczciwych ludzi, ktoś nad ich bezpieczeństwem musi czuwać. Departament Policji Nowego Jorku, wydział Central Parku bierze na siebie ciężkie brzemię pilnowania porządku. Bierze na siebie zobowiązanie do zapewnienia miejsca dla wszystkich uczciwych obywateli. A także przybyszów, którzy w poszukiwaniu lepszego losu są gotowi odrzucić bezprawie pustkowi na rzecz porządku i sprawiedliwości. Jesteśmy tarczą, za którą skryć się może każdy praworządny człowiek, jesteśmy pomocną dłonią wskazującą kierunek zagubionym, jesteśmy by służyć i chronić.
***
- Oooo… ty znowu tu? Za co tym razem?
- Jak zwykle, byłam w złym miejscu o złej porze.
- Pfff… tajemniczo się zrobiło. Mnie złapali na publicznej jurynacji – Kieth wyszczerzył się tak szeroko, że w porannym słońcu błysnęła jego złota szóstka
- Mhm.
- Może gdybym nie lał na tę nową wiatę, co ją w zeszłym tygodniu postawili parkowi, inaczej sprawy by się potoczyły ale hej, natury nie zatrzymasz…
- Mhm. – rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu ocalenia przed dalszą częścią tej rozmowy. Jej wzrok padł na tablicę ogłoszeń. – Muszę iść – już jej nie było.
Przepchała się przez tłumek, podeszła do ściany pełnej obwieszczeń: złapali tego gwałciciela, który pałętał się po parku. Jego parszywa morda z listu gończego została przekreślona czerwoną farbą. Na coś się jednak te mundury potrafią przydać. Wnioski o nadanie obywatelstwa są przyjmowane w dni nieparzyste, a o przepustki w parzyste. Niezłe kalambury biorąc pod uwagę, że mało kto ma tu kalendarz. Zapatrzyła się w twarz Collinsa, który z rękami zaplecionymi na dumnie wypiętej piersi obiecuje świetlaną przyszłość przy wspólnych wysiłkach, gdy drzwi baru otworzyły się z hukiem. Ukazał się w nich rosły policjant z listą osób skierowanych na przymusowe pogadanki w tym tygodniu.
- KOREKTYWA ZACHOWAŃ SPOŁECZNYCH! HEJ, LUDZIE CZEKAJĄCY NA KOREKTYWĘ ZACHOWAŃ SPOŁECZNYCH TUTAJ! BĘDĘ CZYTAŁ LISTĘ, JAK SIĘ NIE ZGŁOSICIE, GODZINA NIE BĘDZIE ZALICZONA.
No to lecimy. Jeszcze tylko cały tydzień. Wspaniale. Przynajmniej będzie mogła posiedzieć w cieple, a jak dobrze się ustawi może znów uda jej się podwędzić coś z zamkniętego baru... Przyszłość faktycznie jest świetlana, panie prezydencie.
Policji tłumaczyć w sumie nie trzeba. Służy i chroni. W parku ma ręce pełne roboty i choć niewielu cieszy się na ich widok to nie da się ukryć - często się przydają. Załatwisz u nich przepustki, przy odrobinie szczęścia nawet obywatelstwo. Czasem coś zarekwirują, czasem rozgonią melanż ale często też spuszczą łomot temu, kto na ten łomot zasługuje. Nie miej jednak złudzeń, że to twoi kumple. Orzeł na ich mundurach jest tak samo stalowy jak ten na szczycie twierdzy w centrum Manhattanu. Czasem obronią mieszkańca parku, ale zawsze będą bronić Nowego Yorku przed parkiem. Ku chwale Collinsa. Są tu od zawsze, znają wszystkich, a wszyscy znają ich. Jak poszła plotka, że chcą wymienić całą ekipę komendy, nikt głośno tego nie powiedział, ale wszyscy się nawet zmartwili. Znany wróg lepszy, wiadomo. Plotka była oczywiście z dupy wzięta. Nikt tych policjantów wymieniać nie zamierza. Są częścią tego parku na złe i na gorsze.
REKRUTACJA: otwarta
- Słuchaj, Yates, mówię ci, że jak patrzę na to miasto z perspektywy historycznej - Stalowy Dom, policyjna opresja, kult jednostki, kontrola mediów, propaganda Timesa, armia jako narzędzie do użytku wewnętrznego, spacyfikowany Uniwersytet - to wszystko wpasowuje się w definicję Umberta Eco jak klucz w zamek. Ur-faszyzm. Czternaście cech, zaznaczone po kolei.
- Rozumiem, dokąd zmierzasz, Brandt, ale nie daj się ponieść analogii. Eco pisał o Europie lat trzydziestych. Collins nie gloryfikuje mitu narodowego krwi i ziemi - gloryfikuje pragmatyczne zarządzanie zasobami ludzkimi. To nie jest faszyzm, to jest autorytaryzm postindustrialny z wernisażem konstytucjonalizmu. Instytucje formalnie działają - jest sąd, jest wybór ławy przysięgłych...
- Jest sąd! [śmiech, suchy jak pył z piątej alei] Jest gruzowisko i mur starego gmachu Sądu i klepisko na świeżym powietrzu, gdzie rozciągają człowieka za ręce i nogi, żeby kibice mogli po nim pojeździć za pięć dolarów od głowy. Drugi Departament, obowiązkowy rejestr obywateli, przepustki, listy wrogów… Yates, zamknij oczy i powiedz mi, w jakim roku jesteś. W trzydziestym szóstym czy sześćdziesiątym trzecim, tylko Tornado zawiało cię za daleko?
-... [długa pauza]
- No właśnie.
- W porządku. [Yates odchrząkuje, sięga pod stół, wyciąga butelkę o podejrzanie czystej zawartości] Przyjmijmy roboczo, że masz rację. Zrobimy z tego osobny rozdział. Nazwiemy go „Nowy Jork jako przypadek szczególny: faszyzm bez ideologii rasowej w warunkach ekologicznego kolapsu" - i nikomu nie mówimy, że to my napisaliśmy.
- Nikomu. [Brandt chwyta szklankę] Z jednym zastrzeżeniem: jak to kiedyś wyjdzie w świat, to wolę żeby było jasne że to wyszło z Central Parku. Przynajmniej wtedy wiadomo, że autor nie miał nic do stracenia.
Clink
Endemici to zbieranina uchodźców i studentów z Uniwersytetu Columbia, którzy trafili tu po pacyfikacji swojej Alma Mater, z tym co mieli w głowach i za pazuchą. Intelektualiści i wolnomyśliciele, spece i gaduły. Imponują uporem i elastycznością: potrafią zaciskać szeregi i organizować się w chwili kryzysu, a potem znowu rozlewają się w spokojną, luźną społeczność, gdzie każdy robi swoje. Można wśród nich znaleźć filozofów, inżynierów, lekarzy, pisarzy i ogrodników, nierzadko w tej samej osobie. Endemici prowadzą własną destylarnię i cieszą się sławą dostawców porządnego trunku dla lokalnej społeczności (choć stara opowieść o partii rozrobionego alkoholu, po której kilkadziesiąt osób straciło wzrok, wciąż pojawia się jako czarny żart przy każdej libacji). Ich największym wkładem w życie Parku jest jednak Krąg Dyplomacji - otwarta przestrzeń, gdzie zwaśnione frakcje mogą siadać przy stoliku i rozmawiać ze sobą, zamiast strzelać czy oklepywać się po mordzie. Z czasem niemal wszystkie ekipy uznały tę inicjatywę za sensowny sposób rozwiązywania sporów, szczególnie gdy koszty wojenek miałyby przewyższyć płynące z nich zyski. Endemici to niepoprawni marzyciele chcący stworzyć w Parku miejsce, gdzie można posłuchać wykładów, podyskutować o filozofii albo nauczyć się naprawiać silnik - szkółkę, która ma być dowodem na to, że nawet w tej tchnącej toksycznej wyziewami dziurze można próbować budować coś więcej niż tylko pozwalającą przetrwać noc lepiankę z gówna. Ale czy za tym marzycielstwem kryje się coś więcej? Czy dyplomatyczna, intelektualna fasada nie kryje czasem zduszonej traumy i wściekłości na opresyjny system który zakneblował usta ich profesorom?
REKRUTACJA: zamknięta
UNDER CONSTRUCTION
REKRUTACJA: zamknięta
Golden Magpies - czyli złote sroki; co podpowiada Ci nazwa? Jeśli ma to coś wspólnego z cyganerią, to dobrze kombinujesz!
Są tu od dawna, już samo to wiele mówi, pozwól jednak, że rozwinę myśl. Park to zbieranina niedobitków; w ciągłej rotacji napędzanej przez złudne poczucie bezpieczeństwa, stadne potrzeby popłuczyn społeczeństwa i bezlitosne prawo silniejszego. Jednak nawet tutaj znajdziesz wyjątek. Podczas gdy inne w desperacji sklejone grupy ogłaszają się gangami, zakonami, bractwami, czy innymi sektami - Magpies pozostają tylko, i aż, rodziną. I wiesz… mimo, że rodziny się nie wybiera, to jednak załóż się z nimi o gambla - kto pierwszy zdradzi towarzysza? Honorowy biedak (poznany dwa tygodnie temu), czy Sroka, z którą rodzeństwo wdaje się właśnie w głośną kłótnię o tradycje? Cóż, wykoncypuj sobie sam, jak jesteś taki hazardzista.
No dobra, ale faktycznie nie wyglądają na jakiś rozpierdalaczy… raczej jak zbieranina nieprzystosowanych artystów i nawiedzeńców, z tymi frędzlami, piórkami i instrumentami…więc czego się możesz spodziewać?
Jak nie wleziesz im na teren z chamówą czy przemocą, to zapewne szybko zaoferują Ci swoje liczne usługi - od muzycznej rozrywki, przez zrobienie prawdziwego tatuażu, sprzedaż biżuterii, wróżenie przyszłości (za dodatkową opłatą prawdopodobnie dobrej!), aż po wykończeniówkę przy budowie własnego kartonowego królestwa… w najgorszym razie zaproszą Cię w innym terminie albo wyśmieją i - nie… nie potrzebują Ci grozić. Ten klan bowiem nie zagrzał tu miejsca tak długo samym urokiem swojego kulturowego, romskiego dziedzictwa, tylko znajomościami. A Tobie też warto ich znać. Zresztą co tu dużo opowiadać, sam sprawdź, przecież ptaszyska nie gryzą!
Głośne śmiechy, zdarte głosy, rytmiczne tamburyno i czarno-białe ciuchy pełne złotych zawieszek. Nie da się w Central Parku pomylić ich z żadnym innym gangiem. Golden Magpies od dziesiątek lat mieszkają w drewnianych rozpadających się chatach blisko drzew i mimo, że ostatnio mniej liczni to nadal są ważną częścią społeczeństwa. Nikomu nie wadzą, nikt nie słyszał by niesprowokowane sprawiały problemy. Uważa się czasem, że ich hmm ekonomiczne priorytety wydają się dziwne i przestarzałe, ale co to kogo obchodzi, przecież to nie tak, że to złoto i srebro cokolwiek im zapewni. Co nie? Podobno robią dobre mocne "herbatki", trzeba tylko uważać czy im dobrze z oczu patrzy jak Wam je podają... i czy nie szepczą wtedy czegoś pod nosem...
REKRUTACJA: otwarta
- Mówię ci, Jimmy, system jest zły. Cholernie zły.
- Jaki system?
- Każdy, do kurwy nędzy. Represje Collinsa, wyzysk Gildii, machinacje Carycy, święte księgi kaznodziejów, rejestry Drugiego Departamentu, przepustki, kontrole, podatki od oddychania, opłaty za przejście przez ulicę i uśmiechnięci chłopcy z pałkami, którzy tłumaczą ci, że to wszystko dla twojego bezpieczeństwa. Można wymieniać dalej, ale wspólny mianownik jest zawsze ten sam: dowalić zwykłym ludziom, a potem sprzedać im historię, że sami tego chcieli.
- I ty masz na to lekarstwo?
- Nie. I właśnie dlatego jeszcze żyję. Lekarstwa mają prorocy, dyktatorzy i faceci w czystych butach. Ja mam tylko alternatywę.
- Jaką?
- Słyszałeś o Banger Gangu?
Jimmy skrzywił się tak, jakby ktoś nalał mu do kubka płynu hamulcowego zamiast kawy.
- Ci od fajerwerków z konserw? Ci, co pomalowali pomnik Collinsa na różowo i kazali wszystkim całować go w metalowy zad? Ci, co ukradli megafon Gildii i przez trzy godziny nadawali przez niego odgłosy godowe kapibar?
- Właśnie ci.
- To są świry.
- Owszem.
- Wandale.
- Bezsprzecznie.
- Anarchiści.
- W końcu zaczynasz rozumieć.
- Oni nie mają planu.
- Mają. Tylko plan nie jest święty. Jak plan zaczyna śmierdzieć władzą, to go palą, sikają na popiół i robią coś głupszego, ale przynajmniej własnego.
- To brzmi jak przepis na katastrofę.
- Jimmy, rozejrzyj się. Jesteśmy w Central Parku po apokalipsie. Katastrofa już była. Teraz chodzi o to, żeby nie dać jej założyć munduru.
----------------------------------------------------------------
Z daleka — problem.
Z bliska — kto pyta?
Chcesz żyć — bądź swój.
Chcesz gadać — gadaj krótko.
Pomożemy.
Czasem dobrze.
Zwykle dziwnie.
Zawsze szczerze.
Dla zdrowia:
mów wolno.
nie spinaj się.
nie szarp się.
nie śmiej się SAM.
Czwartek jest święty.
Albo podejrzany.
Uważaj we Czwartek.
Porwiemy cię z prądem.
Nie walcz. Oddychaj.
Banger Gang to banda punków, anarchistów, sabotażystów i hałaśliwych idealistów, którzy z jakiegoś powodu potrafią działać razem, choć konsekwentnie odmawiają przyznania, że są organizacją. Nie mają wodza, kodeksu ani stałej siedziby, ale każdy w Parku wie, gdzie ich szukać: tam, gdzie coś płonie, ktoś gra za głośno albo komuś zbyt pewnemu siebie robi się nagle bardzo niewygodnie. Powstali z odpadów starego miasta: dzieciaków z metra, byłych robotników, uciekinierów z gangów, ulicznych chemików, złodziei kabli, muzyków bez sceny i ludzi połamanych przez Collinsa, Gildię albo zwykły głód. Łączy ich nie tyle ideologia, ile odruchowy sprzeciw wobec każdego, kto próbuje postawić but na cudzym karku i jeszcze oczekuje za to wdzięczności. Ich metody są chaotyczne, często idiotyczne, czasem zaskakująco skuteczne. Kradną zapasy konwojom i rozdają je tym, którzy nie mają czym płacić, przerabiają megafony propagandowe na wzmacniacze, rozbijają punkty kontroli, malują hasła w miejscach, gdzie nikt rozsądny by nie wlazł, i pomagają po swojemu: nie zawsze mądrze, nie zawsze czysto, ale zwykle szybciej niż ci, którzy najpierw muszą ustalić regulamin pomocy. Szczególne miejsce w ich kalendarzu zajmuje czwartek. Nikt spoza gangu nie wie dlaczego. Jedni mówią, że wtedy zginął pierwszy Banger, inni, że w czwartek ktoś pierwszy raz trafił zgniłą konserwą dowódcę patrolu Collinsa prosto w zęby. Sami Bangerzy za każdym razem podają inną wersję, a pytanie o prawdziwy sens czwartku uważają za podejrzanie policyjne.
Pod warstwą śmiechu, ćwieków, wrzasku i teatralnego chaosu siedzi pamięć o ludziach, których zniknięto, pobito, sprzedano albo nauczono milczeć. Banger Gang nie buduje państwa, nie pisze konstytucji i nie obiecuje lepszego jutra. Chce tylko, żeby nikt nie klękał dlatego, że ktoś inny ma mundur, tytuł albo większy pistolet. Czy to realna alternatywa dla porządku Nowego Jorku, czy tylko kolorowy wybuch gniewu, który kiedyś rozleci się pod własnym ciężarem? Trudno powiedzieć. Ale w Parku każdy wie jedno: jeśli system jest wieczny, tym bardziej należy mu zepsuć czwartek.
REKRUTACJA: otwarta
- Czarne marynary, ciemne okulary. Witaj wśród najlepszego gangu, człowieku! Co, myślisz, że to taka zgrywa? Patrz na tamtych, obdarte ciuchy i klamki w cenie trzy za gambel. I do tego jeden głupszy od drugiego. Oni żyją na biedaka, a my mamy STYL. Bo wiesz, to Nowy Jork. Tu trzeba mieć STYL. Przezywają nas tajniakami, ale wierz mi, oni po prostu zazdroszczą nam tego, co mamy. Jeśli wolisz myśleć zamiast strzelać jak pojebany, to tu się odnajdziesz.
Jeśli żyjesz w Nowym Jorku wystarczająco długo, to na pewno przynajmniej raz trafiła Cię wątpliwa przyjemność wpaść na tajnego agenta Drugiego Departamentu. Czasem idzie się na nich poznać, ale jeśli skubaniec jest dobry, to nawet się nie zorientujesz, że ten miły ziomeczek z baru zlustrował Cię od góry do dołu i w sumie to wie o Was już wszystko, od pochodzenia, przez imiona rodziców, do imienia Twojego pierwszego zmutowanego żółwia, który uratował Ci życie wpierdalając raidersa, który chciał Cię porwać 15 lat temu. Po drugiej stronie spektrum są Tajniacy z Central Parku. Na pierwszy rzut oka widać, że coś jest z nimi nie tak - fedory, ciemne okulary, bandany czy inne maski na twarz. No zupełnie jakby ktoś ich zagonił do jeszcze działającego kina, kazał oglądać przez 20 godzin przedwojenne najbardziej stereotypowe filmy o agentach, po czym kazał im zachowywać się w ten sposób. Na swój sposób są uroczy. Ot kolejna banda niegroźnych świrusów, która znalazła coś co ich łączy i odnaleźli swoją przynależność, prawda? Tylko że świrusy pewnie skończliby, żrąc z głodu własne marynary, a oni jakimś cudem mają żarcie. I broń. Coś robią. Pewnie handlują dragami, jak wszyscy, tylko jakimiś ekskluzywnymi. Albo, nie wiem, sprzedają trupy na organy, to ponoć niezły biznes. Albo wszyscy mają na nazwisko Smith, a myśmy się nie obudzili. Nie wiem! Jak ich zapytasz, skąd mają kasę, to odpowiadają "twoje jutro jest cenne". Zawsze, kurwa, jakby to był jakiś tekst religijny. Pojebani. Przynajmniej przy piwie są spoko. W sumie nie są aż tacy sztywni, lubią pograć i pożartować. Tylko, wiesz, pilnuj języka. Tak na wszelki wypadek.
REKRUTACJA: otwarta
- Nazywam się SpanczPancz i dzisiaj wychodzę z więzienia.
*****************
- Jestem Jungle i dzisiaj wychodzę w pizdu
*****************
- Powiem wam coś o Junglu bo rozumiem że z nim też będziecie gadać.
*****************
- Ostrzegam tylko, że dziś się narąbie u Pancza i będzie zajebiście. Jak chcecie to oglądać to spoko, ale na serio się narąbie w kosmos. Mam nadzieję że wrzucimy też jakieś Tornado czy coś.
*****************
- Jestem dla Jungle'a trochę mentorem, ale on zawsze pakuje się w kłopoty, a potem oboje za to obrywamy. Dlatego teraz koniec z tym, mam plan i nikt mi tego nie zepsuje. Czy kiedykolwiek wydawał ci się podejrzany ktoś kto smaży burgery? Nie? No właśnie…
****************************************************
Chłopaki niedawno wyszli z paki, w zasadzie nie wiem jakim cudem udało im się do tej pory uniknąć zsyłki do obozu pracy. Zawsze coś wymyślą, w każdej sytuacji. Ich ekipa zna wszystkich, a wszyscy znają ich. Kolejny pomysł na biznes - buda z burgerami. Ciekawa koncepcja, zwłaszcza, że w Central parku niektórzy walczą o ostatnią połówkę starej konserwy, a oni potrafią zrobić całkiem zjadliwego burgera z mięsa niewiadomego pochodzenia zalanego sosem, którego składu nikt normalny nie chce znać. Oczywiście wszyscy wiedzą, że smażenie burgerów to nie jest ich jedyne zajęcie, a raczej przykrywka dla starych dobrych interesów na granicy szarej strefy. Przy okazji stania w kolejce możesz dowiedzieć się ciekawych rzeczy, może sprzedać jakąś informację, a już na pewno ktoś oskubie cię z ostatnich dwóch fajek (lepiej żebyś jakieś miał przy sobie). Z głośnika, który już dawno powinien skończyć w koksowniku, leci hip-hop równie stary co głośnik, w powietrzu unosi się zapach grilla, papierosów i każdego znanego ludzkości specyfiku który można palić.
Jedni ich lubią, inni nienawidzą, ale każdy musi przyznać, że wiedzą jak załatwiać interesy. W obozie Central Park Boys zawsze jest coś do zjedzenia, wypicia, czy zarzucenia na lepszy wieczór, ale przede wszystkim jest o czym pogadać. Kanały przerzutowe przebiegające przez Central Park? Luka prawna pozwalająca obejść niektóre chore przepisy Collinsa? Najlepsze miejsce do zbierania wartościowych śmieci? Tego wszystkiego możesz dowiedzieć się u chłopaków. No chyba, że twój poziom profesjonalizmu jest równy poziomowi absurdu podejmowanych decyzji - wtedy można powiedzieć, że ta ekipa jest stworzona dla ciebie.
REKRUTACJA: otwarta
Koksownik płonął jasno i jebał mniej niż zwykle. Flaszka robiła już trzeci obieg, i serce Gabe’a zaczęła wypełniać nadzieja, że załapie się na kolejnego hausta. Noc była zimna, i dziwnie rześka. Gdzieś od strony Bronxu dobiegł głuchy pogłos wybuchu, a potem serii z broni automatycznej. Nikt z siedzących przy ogniu nawet nie podniósł głowy.
Gabe rozejrzał się po twarzach towarzyszy. Znał niemal wszystkich, spędzili w jednym obozowisku tyle nocy, że czuł się tutaj niemal jak wśród swoich. Uśmiechnął się do tej myśli, i do własnej naiwności. Oni nie są moi - pomyślał - są po prostu tak samo samotni, jak ja. To nas łączy. Pomyślał znowu o Edith, i o dzieciach. Ogień z koksownika piął się po ścianach budynku. Obejmował dach. Płacz, krzyki, wybuchy z oddali. Coraz bliżej. Żołnierz strzelający przez wyłomw murze. Szczelina otwierająca się pod stopami. Krew, ryk bestii. Jego córeczka wciągana pod podłogę, wołająca pomocy taty, jej bohatera. Zawiódł ją, opuścił, uciekał, uciekał tam gdzie wszyscy. W ciemność.
- Gabe, jak nie pijesz to podaj dalej.
Ocknął się. Rudy, pryszczaty gość z materaca po lewej wyciągał flaszkę w jego stronę. Drżącą ręką sięgnął i wypił, łza spływająca mu po policzku zabłyszczała w ogniu. Rudy przypatrzył mu się czujnie, i westchnął.
- Takie noce są najgorsze, nie? Kiedy siedzisz spokojnie, i bijesz się z myślami. Nikt tak ci nie dopierdoli, jak ty sam sobie, w głowie - spojrzał w ogień - człowiek wymyślił piekło. Ale co człowiek wymyśli, zazwyczaj potrafi też stworzyć.
- Daj mu spokój. Widzisz że ma ciężko - rzucił Frank z drugiej strony ognia
- Nie, Irol ma rację - Gabe podniósł się, by podać resztę butelki bezzębnemu Bono, siedzącemu okrakiem na oponie - ciężko się nie katować. Zjebane to życie, a my w nim trwamy bo nie mamy jaj, żeby ze sobą skończyć.
Odszedł dwa kroki żeby się odlać, wiedział że towarzysze czekają aż podejmie myśl. To było wbrew parkowemu savoir vivre żeby wieszać temat w takim miejscu. Z sąsiedniego osiedla dobiegał dźwięk harmonijki.
- Ciężkie czasy tworzą twardych ludzi, ktoś mi kiedyś powiedział. I myślę że to gówno prawda - podjął wracając do ognia - gówno prawda, bo trauma daje ci co najwyżej znać, jaki jesteś słaby. To pomaga przetrwać, ale nie czujesz się przez to silny. Ja też byłem dla kogoś kiedyś silny.
- Ty, czekaj, ty walczyłeś podczas Bitwy, tak?
- Tak. I nie. Ech… no dobra, opowiem.
Gdzieś znalazła się kolejna dziurawa butelka. Opowieść płynęła jak dźwięki harmonijki. Z oddali dobiegł kolejny pogłos wybuchu.
------------------------------------------------
Człowiek z Parku to ty, i ja, i ona i on. W pewnym sensie my wszyscy. Niektóre osiedla i ekipy mają swoje naszywki, wspólne pochodzenie albo styl, ale nie miej złudzeń. W parku wszyscy są równi, w parku wszyscy są biedni. I wszyscy mają opowieść do opowiedzenia. Czasem jest to opowieść o utracie, czasem o bohaterstwie które nie popłaciło. Czasem o traumie, a czasem o wytrwałości. Central Park w duszach jego mieszkańców nosi wszystkie blizny których Nowy Jork doświadczył, a oni trwają by dawać im świadectwo, i by czekać na lepsze jutro. I choć każdy dzień przynosi pytania o to, gdzie tej nocy będziesz spał, komu zaufasz i czym załatasz dziurę w burczącym brzuchu, wiesz że nie zawsze tak było - I wierzysz, albo bardzo chcesz wierzyć, że nie zawsze tak będzie. Ciągle ze sobą nie skończyłeś, a to znak, że będziesz miał jeszcze niejedną historię do opowiedzenia. Głowa do góry, Człowieku z Parku. Jeszcze Stany nie zginęły, a nadzieja umiera ostatnia.