Samuel poprawił koszulę i jeszcze raz upewnił się, że prezentuje się lepiej jak wczoraj. Ci ludzie…
- Znowu będziesz z nimi rozmawiał? - spytała jego żona, siedząc przy stole i spoglądając na niego oceniająco znad kubka z herbatą. - Niczego się nie nauczysz, prawda? Czego ty od nich chcesz? Panoszą się tutaj jak jacyś wielcy panowie, butów nie chcą sobie brudzić, ale twierdzą, że wiedzą… No właśnie, co oni wiedzą?
- Marianne, to są obyci ludzie, którzy reprezentują ważnych ludzi. Nie chcę, żeby patrzyli na nas jak na dzikusów z dżungli. Respektują nasze zasady, pomagają, więc warto dowiedzieć się czegoś więcej.
- Yoo, czegoś więcej. Wielebny mówił, że niczego nie potrzebujemy się od nich dowiadywać. To wspieranie ludzi z zewnątrz nam jeszcze przysporzy kłopotów, zobaczysz!
- Wczoraj na spotkaniu udało mi się dowiedzieć, że mają koneksje z lordem Andre. Lordem!
- Na co nam jakiś lord? Mamy burmistrza, mamy Wielebnego. Mało ci ważnych ludzi dookoła?
- To nie to samo.
Samuel podszedł do swojej żony i złapał ją za rękę.
- Oni mi powiedzieli, że pasowałbym do ich “ekspedycji” jak to określili. Zależy im na poszerzaniu wiedzy, kontaktów. Jest nam tutaj dobrze, ale pomyśl ile byśmy zyskali gdyby oni tutaj zostali na stałe.
- Już zupełnie zwariowałeś. Mamy medyków, mamy mądrych ludzi. Czym niby ci nowi się od nich różnią?
- To są mądrzy ludzie, Marianne. Obyci. Ze statusem. Kontaktami. Dzięki nim możemy się rozwinąć. W zamian za drobną pomoc z naszej strony.
- Kapralu, nie uwierzy pan czego się właśnie dowiedziałem.
- Zaraz wychodzimy na zwiad Wilson, więc oby to było coś pilnego albo ciekawego. - Kapral Davis spojrzał na szeregowego, który właśnie wparował do namiotu. Jego oczy wręcz błyszczały z ekscytacji.
- Wracam właśnie od sierżanta i po drodze słyszałem jak miejscowi mówili o tym przywódcy… No, tych tam. Tych nie od nas. Z giwerami i co tak groźnie wyglądają.
To zdecydowanie była ciekawa informacja. Albo plotka - pomyślał Davis. Od kiedy tutaj przybyli cały czas mieli na oku nowoprzybyłych, zwłaszcza tych, co potrafili operować bronią. Miał swoje podejrzenia, że niektórzy odbyli wojskowe szkolenie. Jedni przybywali na chwilę, ale część z nich zostawała na dłużej. I właśnie ta grupa była zdecydowanie warta ich uwagi.
- No i czego się dowiedziałeś?
- Doszło ostatnio do incydentu. Lucas Miller, ten miejscowy, pyskował jednemu, a tutaj się okazało, że to były ganger na nowej drodze życia. Jak oni to nazwali…. A, tak. Święta Straż. Do dzisiaj leży u medyków. Podobno poszło o Obiecanego.
- Ale masz jakieś konkrety sierżancie Wilson czy tylko gadanie miejscowych zza płotu?
- Konkretne informacje. Mówili, że spotykają się wieczorem w tym budynku na wschodzie miasteczka. I że ten Obiecany... Ostatnio słyszeli jak ci ze Straży go wychwalali. Od kiedy się pojawił to wiedzie im się dużo lepiej. Tym co zostali i go popierają.
- Dobrze. Dobra robota szeregowy. - powiedział Davis, poprawiając broń. - Uszy i oczy szeroko otwarte. Dopóki panuje spokój to możemy działać swobodnie. W takim terenie każda broń się przyda, ale lepiej jest mieć ich na oku. - Zapiął kurtkę i skierował się do wyjścia. - Ci co zostają nie robią tego bez powodu. Może i jest to zbitka degeneratów bez ładu i składu, ale ktoś się nimi zainteresował i pomógł osiąść w tym miasteczku.
POSTERUNEK
(z perspektywy Wielkiej Oświeconej Misji Cywilizacyjnej Jego Lordowskiej Mości)
- Nie zapomnij tylko zaprosić sierżanta na obiad - powiedział Harris do stojącego w drzwiach wojskowego. - Chciałbym z nim omówić jedną kwestię.
Szeregowiec przytaknął i wyszedł. Malvina nigdy nie przepadała za wizytami posterunkowców. Śmierdziało od nich na kilometr. Nie żeby gdziekolwiek tutaj dbano o takie rzeczy, ale czego można się spodziewać po wiosce w środku Missisipi. Bagna, mokro, brzydko i mutacje dookoła.
- Co chcesz omówić z sierżantem? - spytała, siadając obok mężczyzny.
- Wspominał coś, że interesuje ich temat tutejszej wody. Może uda się ich zainteresować naszą propozycją. Albo po prostu wybadać ich zamiary.
- To są wojskowi. Posterunek. Ich zamiarem jest wykonywanie rozkazów. A przeważnie ich rozkaz brzmi: zabić maszynę. Nie żeby się do tego nie nadawali, ale to nadal posterunek. Nie sądzisz chyba, że są tutaj z innego powodu?
- Nie miałaś do czynienia nigdy z nimi, prawda? Zrozumiałe jest, że nie są na takim poziomie jak my, ale uwierz mi. To SĄ specjaliści. Wyselekcjonowani i wytrenowani w zabijaniu Molocha. Z technologią. I to jeszcze mamy do czynienia z oddziałem, który zapuścił się tak daleko od frontu. Nie sądzisz, że warto z nimi porozmawiać? - Jego uśmiech zdradzał, że czerpie ogromną przyjemność z takich rozmów. Albo z planowania i szukania własnej korzyści. - Poza tym… Nie jesteśmy już w drodze. Możemy teraz działać na spokojnie, nie w barbarzyńskich warunkach. Nie ma sensu robić sobie wrogów. Zwłaszcza z oddziału Posterunku.
Wszyscy z bronią są tacy sami - pomyślała Malvina. Kobieta zawsze uważała, że ich eskorta była zbyt brutalna, ale niekoniecznie wobec ich otoczenia. Przecież kto to widział, żeby tak traktować takich ludzi jak oni…
- Słyszałam, że wypytywali mieszkańców o różnych przyjezdnych z zewnątrz. Nie sądzę jednak, że od tak podzielą się z nami swoimi informacjami. Zapewne otrzymali odpowiednie rozkazy.
- Kto wie? Może jeśli kogoś lub czegoś szukają to będzie w stanie sobie pomóc? Cały oddział zwiadowczy wyspecjalizowanych żołnierzy w tych stronach to rzadki widok.
- Ej Rico, idziesz z nami?
- Gdzie?
- Posłuchać Starego Leona.
- A idź w… I co on niby nowego może nam powiedzieć?
- Dzisiaj obiecał, że powie jak to było przed Wielebnym. Wiesz, stare dobre czasy. Lub gorsze. Zależy jaki ma dzień.
- Toć to zwykłe gadanie starego pryka.
Stary Leon często zapraszał ich małą grupę na kolację. Dzielił się wtedy opowieściami jak kiedyś wyglądało miasteczko, jakie panują w nim niepisane zasady. Kto z kim i przeciwko komu. Chciał im pomóc się zasymilować. Sąsiedzi krzywo patrzyli na jego działania, ale nic z tym nie robili. Zasady są jasne: dopóki pracujesz na rzecz miasteczka to jesteś swój. Albo tolerowany.
- Chcę wiedzieć więcej o Wielebnym - powiedział Sam. - Zawsze myślałem, że w takich miejscach rządzą popaprańcy, kanibale z Teksasu, a tutaj ani krwawych ofiar, ani żadnych rytuałów w pełni. Co prawda wszyscy mówią o tych zasadach, ale gdyby tak ich przestrzegali to by nas nie wpuścili. Prawda Rico?
- A kto ich tam wie? Jedni patrzą na nas spode łba, inni cieszą jak dzieci na widok broni. Burmistrz wydaje się normalny, ale czuć jakieś dziwne napięcie.
- Ten tam z wczoraj nazwał to “polityką wewnętrzną”.
- Taa, dokładnie. Dlatego właśnie uciekłem z poprzedniej dziury. Z powodu polityki wewnętrznej.
- Ale sam przyznasz, że nie jest tak źle. Mamy co jeść, mamy WODĘ. Czasem jakiś mutant się zakręci za płotem, a mieszkańcy jak to mieszkańcy małych osad. No są jak zamknięta i przeterminowana puszka z gulaszem. A ten cały kult dostarcza jakieś rozrywki. Tak można żyć. A teraz zabieraj tę swoją leniwą dupę i idziemy na kolację.